Pole Mokotowskie
Dogodna lokalizacja i wszystko, czego dusza zapragnie – krzaki, drzewa, ławki. Przestrzeni całkiem sporo więc nic dziwnego, że jak już wyjdzie słońce, to nagle można spotkać tam połowę znajomych. Wiadomo, każdy ma swoje własne preferencje i ulubione miejscówki. Ja polecam duże oczko wodne – można poczuć się prawie jak na Mazurach. Chyba niema nic lepszego niż położyć się na łonie natury ze złocistym lekko spienionym trunkiem w ręku. Jednak wszystko to ma sens jedynie w dzień, ponieważ w nocy, na naszych ukochanych Polach, jest dość ciemnawo i cały klimat wszystko pryska. Niewątpliwie największa zaletą Pol jest to, że są one dość obszerne i łatwiej zobaczyć naszych kochanych strażników miejskich, zanim oni zobaczą nas.
Skarpa
Przede wszystkim to jest miejsce dla tych, którzy lubią życie na krawędzi. Panorama Warszawy, która się stąd rozpościera, jest iście przednia, zaś klimatu dodają pieśni wzniosłej treści dobiegające z okolicznego Uniwersytetu Muzycznego. To miejsce wygrywa, wygrywa, wygrywa. Na samą myśl o tym miejscu, przypomina mi się dziesiątki dzikich wieczorów, niekontrolowanych szaleństw, ostrej zabawy i…mandatów. Jest to z pewnością najczęściej odwiedzane przeze mnie miejsce, kiedy mam ochotę na plener, niestety przy tym też najbardziej kosztowne. Dodajmy do tego jeszcze lokalizację w centrum, dzięki której powrót do domu w stanie niepewnym jest znacznie ułatwiony.

Nad Wisłą
Mnóstwo osób idzie pogadać i wypić jednego właśnie nad Wisłą. Błyszcząca woda pięknie pachnie, gorące słonce ogrzewa twarz, a chłodny radlerek gasi pragnienie. Ponoć to właśnie jest miejscowa numer jeden na plener w tym mieście. Najlepszy klimat, tylko opłata klimatyczna nieco wysoka, bo przy odrobinie nieuwagi potrafi sięgnąć stu złotych. Prawy brzeg to już zupełnie inna bajka. Stosunkowo rzadkie kontrole przez straż plus dobrze przygotowane plaże sprzyjają zorganizowaniu alkoholowej degustacji. Jeśli do tego dodamy rozpalone ogniska i wesolutkie towarzystwo wokół robi się naprawdę przytulnie. Jedyny minus to piasek, który włazi wszędzie.

Maks Taras




















